- N-naprawdę? - zachichotałem zdenerwowany.
Pani Ashitoro patrzyła w moje oczy.
Uśmiechnęła się.
- Piękny... Naprawdę piękny odcień błękitu... Atroxia miała niemal takie same oczy, jak twoje...
Zacząłem dyszeć.
- K-ktoo? - szepnąłem.
Znowu, znowu miałem wrażenie, jakbym kojarzył coś takiego, choć nic takiego nie pamiętam. Może w poprzednim życiu znałem kogoś takiego?
- Synu! - matka wstała z krzesła i uderzyła pięścią w stół. Zacisnąłem zęby. - Prosiłam cię, żebyś... Za-chowywał kulturę. - uspokoiła się i usiadła.
Wszyscy na mnie spojrzeli.
- Przepraszam. - westchnąłem.
- Nic się nie stało. - uśmiechnęła się czarna pani. - A właściwie, wszystko w porządku? Powiedziałam coś nie tak?
- Nie, nie! - skłamałem. - Po prostu... Zamyślałem się. Najmocniej panią przepraszam. - pocałowałem jej dłoń.
- Spokojnie, nie przepraszaj. Jestem Hachette. Zwracaj się do mnie po
imieniu.
Po jakimś czasie państwo Ashitoro podziękowali nam za kolację i wrócili do swoich domów. Ja natomiast siedziałem w swoim pokoju i rozmyślałem o tym wszystkim.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tak, to też będzie taka krótsza część... Miejmy nadzieję, że na tym nie zakończę. Spodziewajcie się dalszej części.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz